Mediacja zamiast procesu. Kiedy naprawdę warto usiąść do rozmów?

Mediacja zamiast procesu. Kiedy naprawdę warto usiąść do rozmów?

Mediacja nie jest lepsza od sądu tylko dlatego, że zwykle jest mniej formalna. I nie każdy konflikt powinien kończyć się ugodą. Jej prawdziwa wartość pojawia się tam, gdzie strony – mimo sporu – nadal mają coś do zdecydowania i gdzie rozwiązanie problemu jest ważniejsze niż samo ustalenie, kto miał rację. W praktyce pytanie nie powinno więc brzmieć: „czy mediacja jest dobra?”, ale raczej: czy w tej konkretnej sprawie rozmowa może dać stronom coś, czego nie da im nawet korzystny wyrok? Dopiero wtedy warto poważnie zastanowić się nad wyborem drogi.

Nie każdy spór potrzebuje od razu rozstrzygnięcia

Kiedy konflikt trafia do prawnika, naturalnie zaczynamy patrzeć na niego przez pryzmat roszczeń. Kto komu jest winien pieniądze? Kto naruszył umowę? Jakie mamy dowody? Jakie są szanse w sądzie? To właściwe pytania. Problem zaczyna się wtedy, gdy stają się jedynymi. Sąd rozstrzyga sprawę w granicach tego, czego strony od niego żądają. Tymczasem rzeczywisty konflikt bardzo często jest szerszy niż żądanie pozwu. Widać to szczególnie dobrze w biznesie. Dwie firmy mogą procesować się o 300 tysięcy złotych, ale równocześnie łączy je następny kontrakt, gwarancja, wspólny klient albo inwestycja, której żadna ze stron nie chce zatrzymywać. Byli wspólnicy mogą spierać się o konkretne rozliczenie, podczas gdy rzeczywisty problem polega na tym, że trzeba ustalić, kto i na jakich zasadach odejdzie ze spółki. Rodzice mogą formalnie spierać się o kontakty z dzieckiem, choć w praktyce potrzebują stworzyć sposób funkcjonowania na najbliższe kilka lat.

 

Wyrok może bardzo dobrze odpowiedzieć na pytanie prawne. Nie zawsze odpowie na pytanie: co mamy zrobić ze sobą następnego dnia? I właśnie tam zaczyna się przestrzeń dla mediacji.

Najlepszy moment na rozmowę bywa wcześniej, niż nam się wydaje

Jednym z częstszych błędów jest traktowanie mediacji jako ostatniej deski ratunku. Najpierw wezwania, później pozew, kolejne pisma, kilka rozpraw, narastające koszty, a dopiero kiedy wszyscy są już zmęczeni – propozycja: może jednak spróbujemy porozmawiać. Czasami mediacja rzeczywiście działa właśnie wtedy. Sam fakt, że strony zobaczyły już, jak wygląda proces i ile może potrwać, potrafi bardzo urealnić stanowiska. Ale z punktu widzenia praktyki często największy potencjał istnieje wcześniej – kiedy konflikt jest już wystarczająco poważny, aby obie strony chciały go rozwiązać, ale nie zdążył jeszcze stać się częścią ich tożsamości.

 

Po kilku miesiącach procesu człowiek walczy już nie tylko o pieniądze czy określony zapis umowy. Zaczyna walczyć również o to, żeby udowodnić, że decyzja o wejściu w proces była słuszna. Pojawiają się kolejne zarzuty, ostre pisma, koszty, słowa wypowiedziane na sali sądowej. Im więcej zainwestowaliśmy w konflikt, tym trudniej czasami przyznać przed samym sobą, że rozsądne rozwiązanie może wyglądać inaczej, niż wyobrażaliśmy sobie na początku.

 

Polskie postępowanie cywilne pozwala prowadzić mediację zarówno przed wszczęciem sprawy sądowej, jak i już w jej toku; sama mediacja pozostaje dobrowolna. Nie trzeba więc wybierać jej „zamiast prawa do sądu” raz na zawsze.

Mediacja ma sens wtedy, gdy wyrok nie wyczerpuje problemu

Są sprawy wręcz stworzone do tego, żeby przynajmniej sprawdzić możliwość porozumienia. Nie dlatego, że są proste. Często dokładnie odwrotnie – dlatego, że są zbyt złożone, aby sprowadzić je do jednego „zasądza” albo „oddala”. 

 

Dobrym przykładem są spory dotyczące wykonania umów. Jedna strona żąda zapłaty, druga wskazuje wady. Formalnie można przez kilka lat ustalać, jaka część wynagrodzenia jest należna i kto odpowiada za nieprawidłowości. Przy stole mediacyjnym można dodatkowo zapytać: czy wady da się usunąć, kto to zrobi, w jakim terminie, jaka część należności jest bezsporna, co stanie się z gwarancją i czy przedsiębiorcy chcą później kontynuować współpracę. Podobnie jest w sprawach rodzinnych. Sąd może określić sposób kontaktów rodzica z dzieckiem. Życie rodzinne nie odbywa się jednak wyłącznie według sentencji postanowienia. Dziecko choruje, zmienia szkołę, rodzice jadą na urlop, pracują zmianowo, pojawiają się uroczystości rodzinne i sytuacje, których nikt wcześniej nie przewidział. Dobre porozumienie powinno więc nie tylko regulować podstawowy harmonogram, ale stworzyć rodzicom sposób podejmowania decyzji wtedy, kiedy pojawi się coś nowego.

 

To jedna z rzeczy, które w mediacji uważam za najważniejsze: nie chodzi wyłącznie o zakończenie sporu, który już powstał. Dobre porozumienie powinno również ograniczać ryzyko powstania następnego.

Są jednak sprawy, których nie należy na siłę mediować

Jeżeli ktoś przedstawia mediację jako rozwiązanie dobre na każdy konflikt, robi jej niedźwiedzią przysługę.

 

Są sytuacje, w których priorytetem powinno być zabezpieczenie praw strony, a nie poszukiwanie kompromisu. Jeżeli istnieje realne ryzyko wyprowadzania majątku, potrzebne jest pilne zabezpieczenie roszczenia albo zwłoka może spowodować nieodwracalne skutki, rozmowa nie powinna zastępować niezbędnych działań prawnych. Podobnie wtedy, gdy jedna ze stron nie zamierza szukać rozwiązania i traktuje mediację wyłącznie jako sposób na odsuwanie odpowiedzialności w czasie.

 

Szczególnej ostrożności wymagają również sytuacje, w których pomiędzy stronami nie istnieją warunki do swobodnego podejmowania decyzji – zwłaszcza gdy w relacji występuje przemoc, groźby, silny przymus albo obawa o bezpieczeństwo. Mediacja opiera się na dobrowolności, a dobrowolność nie może być tylko formalnym podpisem na dokumencie. Strona musi rzeczywiście mieć możliwość powiedzenia zarówno „tak”, jak i „nie”.

 

Wreszcie czasami potrzebny jest po prostu wyrok. Strony mogą potrzebować jednoznacznego rozstrzygnięcia kwestii prawnej, a przestrzeni do negocjacji może właściwie nie być. Rolą mediatora nie jest wtedy przekonywanie ludzi za wszelką cenę, że powinni się dogadać. Profesjonalizm polega również na rozpoznaniu momentu, w którym mediacja przestaje być właściwym narzędziem.

Ugoda nie oznacza, że ktoś miał mniej racji

To chyba jedna z największych psychologicznych przeszkód w rozmowach ugodowych. „Jeżeli ustąpię, to znaczy, że przyznaję mu rację”. „Skoro mam dobre dowody, dlaczego mam cokolwiek proponować?”. „Nie po to walczyłem przez rok, żeby teraz się cofać”.

 

Tymczasem dobra decyzja ugodowa nie polega na porównywaniu propozycji z naszym idealnym scenariuszem. Oczywiście każdy wierzyciel wolałby otrzymać 100 procent należności natychmiast, każdy przedsiębiorca chciałby, żeby kontrahent wykonał umowę dokładnie zgodnie z jego oczekiwaniami, a każdy uczestnik sporu rodzinnego chciałby, żeby druga osoba zaakceptowała jego punkt widzenia. Pytanie brzmi jednak nie: „czy ugoda daje mi wszystko?”, ale „jak ugoda wypada na tle mojej realnej alternatywy?”

 

Jeżeli alternatywą jest trzyletni proces, ryzyko apelacji, koszty biegłych i niepewność późniejszej egzekucji, to częściowe ustępstwo może być bardzo racjonalną decyzją. Jeżeli alternatywą jest dalsze prowadzenie firmy z człowiekiem, z którym nie jesteśmy już w stanie wspólnie podjąć żadnej decyzji, uporządkowane rozstanie może mieć większą wartość niż wygranie kolejnego głosowania wspólników. Ugoda nie musi być podziałem różnicy na pół. Nie jest również nagrodą dla strony, która zachowała się gorzej. Jest decyzją o tym, jaką cenę jesteśmy gotowi zapłacić za zakończenie niepewności.

Dobra mediacja zaczyna się wtedy, gdy strony mogą podejmować decyzje

Samo pojawienie się przy stole mediacyjnym jeszcze niewiele daje. Żeby rozmowa miała sens, potrzebne są osoby, które wiedzą, czego dotyczy problem, mają dostęp do potrzebnych informacji i – przede wszystkim – mogą podejmować decyzje.

 

W sprawach gospodarczych bardzo szybko widać różnicę pomiędzy prawdziwą mediacją a spotkaniem, na którym każdy uczestnik może jedynie powiedzieć: „muszę zapytać centralę”. Oczywiście nie wszystko musi zostać zdecydowane natychmiast. Strony powinny mieć czas na konsultację z prawnikiem, księgowym, wspólnikiem czy ekspertem technicznym. Jednak w pewnym momencie potrzebna jest gotowość do powiedzenia: ten wariant możemy zaakceptować, tego nie możemy, a tutaj widzę przestrzeń do dalszej rozmowy. 

 

Podobnie mediator nie powinien sprowadzać swojej roli do pytania obu stron, czy „spotkają się gdzieś pośrodku”. Jego zadaniem jest uporządkowanie problemu, pomoc w oddzieleniu rzeczy naprawdę ważnych od tych, które narosły wokół konfliktu, sprawdzanie wykonalności propozycji i tworzenie warunków do podejmowania świadomych decyzji. Decyzja pozostaje jednak po stronie uczestników.
I być może właśnie tutaj leży najprostsza odpowiedź na pytanie postawione w tytule. Warto usiąść do rozmów wtedy, kiedy istnieje jeszcze coś, o czym można zdecydować lepiej niż zrobiłby to za strony ktoś trzeci.

 

Nie każda mediacja zakończy się ugodą. Czasami po dwóch godzinach rozmowy strony wrócą do procesu z przekonaniem, że porozumienie nie jest możliwe. To również może być cenna informacja – pod warunkiem, że rozmowa była rzeczywista, a nie pozorowana. Natomiast jeżeli konflikt dotyczy nie tylko tego, kto ma rację, ale również pieniędzy, czasu, przyszłej współpracy, dzieci, wspólnego majątku, przedsiębiorstwa albo relacji, która nie zniknie wraz z wyrokiem, warto przynajmniej zadać sobie jedno pytanie: czy naprawdę chcemy oddać całą decyzję sądowi, zanim sprawdzimy, co potrafimy ustalić sami?

 

Robert Rozpończyk
mediator sądowy